Ostatni raz

Lyrics
[Intro] Opowiem ci pewną historię Posłuchaj sobie jej, oh [Zwrotka] Apokalipsa Jana się zaczyna spełniać, zobacz Co robi kult pieniądza, świat odwraca cię od Boga Chora telewizja wmawia ci, że masz się puszczać Ruchać w gumie, brać pigułki, nie masz ich, to dupa Zaś pewna młoda para mówi, że się bardzo kocha Ale ona chce studiować, no i wpadką jest jej ciąża Więc usuwa ją tabletką po z apteki obok dworca Na którym to o jedzenie żebra starzec do przechodnia Ubranego jak Pierce Brosnan w siedemnastej części "Bonda" I choć to "GoldenEye", to nie daje mu nawet grosza I odpala papierosa, nagle dzwoni na iPhone'a Jego schorowana matka, to jest wideorozmowa "Synu, konam! Diagnoza! Rak zaatakował płuca Co ty masz w ustach?", "nic" odparł, płacząc, depcząc szluga "To jest moja Ula", krzyknął starzec zza ramienia mu Dostał zawału serca, wołał "synu, pomóż, ratuj" On odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem do pociągu wsiadł Zatrzasnęły się drzwi, przycięły mu jesienny płaszcz Ledwo wszedł, a chciał wysiadać, ale no, nie miał jak Odjechał ze świadomością, że widział go ostatni raz I myślał całą drogę czy on przeżył, przecież nie był sam Grupa ludzi zbiegła się, karetka była też na czas Na bank ktoś mu pomógł, przecież to taka ludzka reakcja Że jak widzisz, jak ktoś leży na ziemi, to dzwonisz na pogotowie, po lekarza I wmawiał sobie to dalej, targała nim frustracja Smutek, żal, niemoc i pretensje do całego świata No bo tam był jego tata i nie widział się z nim, od kiedy mama Kazała mu się przenieść, miał wtedy cztery lata Od rana awantury, bo lubił wypić, a nie miał siana A jak miał, to tylko dlatego, że kradł i bił matkę zawsze, kiedy wracał Pijany! I nieraz gwałcił ją na jego oczach Chował się do szafy, gdy słyszał kroki ojca I po dwudziestu latach spotyka go jako żebraka Na dworcu, bez brody, wąsów i loków, jakimi zapisał się w pamięci osób I gdyby nie poznał wtedy tego głosu dobiegającego do niego z telefonu O tym, że nowotwór płuc w środku siedzi i zabija jego żonę po kryjomu To nie dostałby zawału, martwicy narządów wywołanej zaburzeniami w ukrwieniu I krótko mówiąc, jego syn nie miałby go teraz na sumieniu, ah Bo dokonał wyboru i wsiadł do pociągu, jechał z WWA do pracy, do Sopotu Ma biznes i szukał nowych inwestorów, bez których jego firma upadnie po miesiącu W jego domu zimna woda, nie ma chyba nawet prądu i nie muszę wcale mówić, że to dzieje się po roku Ziomów nie ma już tak samo, jak w kieszeni tych paru stów Ma w banku dług i dalej za matką ten pociąg do szlug Nałóg zawiózł ją na cmentarz, syn odwiedza grób "Czy jej duch jest w niebie?", pyta sam siebie w myślach znów Leży tu też jego tata, zawał był śmiertelny, nie mógł pomóc mu Nawet ratownik, bo gdy był na miejscu, to nie żył już Nie sposób było pojąć mu planu, jaki ma dla niego Bóg No bo nie ma już hajsu, domu, kolegów, firmy i swoich rodziców Ból to jedyne, co czuł, leżąc tam, gdzie jego tata: na bruku Na brudnym dworcu, umierając z głodu, dopalając resztki [Outro] Znalezionych przez siebie papierosów, petów, śmieci i innego ścierwa Umarł, rozumiesz? Nie żyje... Jaki z tego morał?
Rate this song
0/5.0 - 0 Ratings
Loading comments...
Credits
- Writers
- Augustyn KenNeDy