Testament (Intro)

Lyrics
[Intro] Okej, napisałem taką piosenkę, nie potrafię śpiewać, fałszuję Ale wyrażę to Nie mam sił już na ciebie słów Znów mnie wydymałaś w mózg Różem spod wód Mam tu nawrót na ból Na co? Na ból Wbiłaś mi nóż [Zwrotka] I-I-I-Ile ma jeszcze się paprać w tym bagnie? Byłem już na dnie, wtedy gdy ćpałem Trzymam się dalej, przez cztery lata, nie mam niczego wspólnego z towarem Pamiętam mamę i tatę, płakałem, kiedy widzieli mnie wtedy w tym stanie Przećpane oczy, opakowanie po kodeinie skitrane w kiermanie Dziś dalej mi źle, mam nawrót naprawdę, nie walę niczego, mam tylko te fajkę I stale wracają mi myśli jak dawniej, by nagle stąd odejść czy zniknąć na zawsze? Ja tylko chciałem być przy niej na stałe, chciałem ją kochać i tworzyć z nią parę Jechałem do niej w głowie z dramatem, te parę dni wstecz się z byłą żegnałem Czy było wypadkiem to, że poroniła moje dzieciątko, plum, w ubikację? Się nie spodziewałem, że, Boże, odbierzesz mi dziecko tak nagle To stało się faktem i było w twym planie, bym do niej pojechał, wtedy już latem Wolałem ją zdradzać, czekała na mnie, kiedy wracałem od byłej na chatę Tak, byłem draniem, mam się za szmatę, co ze mnie za facet? To niebywałe, że każdą zdradę mi wybaczyłaś, puściłaś w niepamięć I dałaś nam szansę na to bycie razem, choć oficjalnie nie byłem chłopakiem Z czasem poznałem twą babcię i mamę, kot Maciej też mnie polubił po czasie Pamiętasz Nieszawę? Spotkanie, jak przedstawiłem cię mamie i tacie Dla mnie to ważne, bo nigdy żadnej nie zapraszałem do domu, tymczasem Ty czasem spędziłaś u mnie w sielance wspólne kolacje, było jak w bajce Na mojej kanapie, spałaś by rankiem przywitać mnie mówiąc "Konrad, wstajesz?" "No jasne, że wstaję, dziś robię śniadanie, a ty mi tę kawę, co lubię najbardziej" Odpalę komputer, nagramy wokale, bo śpiewasz i jak nikt masz głosu barwę Twój talent jest darem, jestem twoim fanem, te marne plastiki są przy tobie miałkiem Mam rację, ty masz też, stwierdzenie trafne, że jestem jednym z najlepszych w tym rapie Na parę miesięcy ruszyłem w trasę, grałem koncerty, by dla nas mieć hajs ten Mieszkałem w Krakowie, znasz tamto mieszkanie, bo, gdy miałem wolne... Wiesz co było dalej Niezapomniane te chwile, martwe, jak moje dziecko spłodzone w kochance Bóg dał mi łaskę, że żyję inaczej, piętnaście miesięcy w czystości wytrwane I-I-I celibat ten jest jak skazanie na świerzb dożywotni z zakazem na drapanie I nieudane tych prób i plantacje sztucznego jabłka do drzewa konarem Wrośniętym w arkadię w dyby te rajskie, naprawdę, przeszczep ma skazy i wadę Bo stale odpada jak nos, co miał Michael, i z czasem jak Jackson nie wiem czym pachnie Pach nie goliłem, ale twoich dotykałem, me ciekawskie palce, bo ta u pach trawkę Co wybadałem, murawy masz gładkie, jak twój pośladek i czoło z kolanem Masz tu aprobatę, cię za to pochwalę, bo po to tej pochwale, to już poprzestanę Atrament z pióra mi kapie na kartkę, w kratkę mówiłaś, że kochasz, kochanie To ty dałaś plamę, nic nie jest już białe, a czarne jak myśli, co zmywam je płaczem Pełnym łez wiadrem myje posadzkę, na której posadzę cię z tym materiałem Czy może dywanem? Czy może drewniane? Deski te nie róże, mają drzazgę? Ale to papier się robi z drzew, jasne? [Outro] Byliśmy już lasem, ale stałaś się drwalem I wyrąbałaś naszą relację A na papier z tych drzew spisałem ten kawałek To mój testament To dla wszystkich tych nieszczęśliwie zakochanych, dla wszystkich tych pogrążonych w depresji W lękach, w fobiach, w nerwicach w i innych chorobach psychicznych To dla wszystkich bitych, maltretowanych Zepchniętych na margines społeczny Dla wszystkich, tych którzy mają myśli samobójcze, którzy nie chcą żyć, którzy nie chcą już istnieć Dla was jest ten album! Jestem waszym głosem, jestem waszym głosem, reprezentuję was Ta płyta to jest dzieło, to jest dzieło mojego życia Dzieło mojego życia, Augustyn, 2019, Nawrót
Rate this song
0/5.0 - 0 Ratings
Loading comments...
Credits
- Writers
- Augustyn KenNeDy